Blog

O tym dlaczego nie czytam blogów i dlaczego tak się w pisaniu zapuściłam…

… no właśnie. Stało się! Zapuściłam się! Zapuściłam się okrutnie! W pisaniu bloga rzecz jasna 🙂 Po dosłownie kilku tygodniach od szumnego startu już dwutygodniowa cisza… No ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz? Codzienność mnie przygniotła, ot co! Tym większy szacun dla wszystkich blogujących SYSTEMATYCZNIE I KONSEKWENTNIE, szczególnie w odsłonie parentingowej.

Biorąc pod uwagę, że przez ostatnie dni zasypiałam wieczorami na podłodze (tak! tak! na podłodze!) w pokoju Heńka, zawodząc po raz enty jego ulubioną kołysankę (oczywiście „Z popielnika na Wojtusia..” 🙂 napisanie czegokolwiek składnego okazało się wyczynem godnym zdobycia Kilimandżaro. Ale jestem! Wracam, wyrywam sobie chwilę od śpiących dzieci, by napisać dlaczego nie czytam… blogów tak zwanych rodzicielskich czyli parentingowy  😉

Natchnęła mnie do tego tematu znajoma z dawnych lat, która – ku mojemu zaskoczeniu – napisała: „Słuchaj, moja siostra jest w ciąży. Ciągle czyta te Internety i chyba najlepiej jej to na głowę nie robi. Poleć coś wartego przeczytania”. Zbaraniałam lekko. Żaden ze mnie autorytet, choć… w sumie… dwójkę dzieci mam to niby trochę znam się, więc co mi szkodzi? Wypowiem się! 😉

Dla przyszłej matki, albo dla matki świeżo upieczonej (jeny! jak to brzmi, jak Baba Jaga do pieca wrzucona przez Jasia i Małgosie 😉 w każdym razie…

Dla przyszłej i młodej stażem rodzicielskim matki, czytanie Internetów w tematach dzieciowych może być niestety najbardziej wyniszczającym zajęciem jakie można sobie wyobrazić.

Trudno jest oddzielić ziarno od plew. Szczególnie trudno, kiedy w grę wchodzą emocje, obawy, niewiedza, nieznajomość tematu. A różne „mądre głowy” w owych Internetach piszą czasami z takim przekonaniem o swojej słuszności, w sposób tak narzucający pewne rozwiązania i nieznoszący sprzeciwu, że taka biedna, młoda matka na każdym kroku czy to na portalu rodzicielskim, czy na blogu czy przy okazji jakiegoś rodzicielskiego forum może praktycznie non stop mieć do siebie o coś wyrzuty, mieć do siebie pretensje i wpędzać się w poczucie winy.

Internety robią oczywiście dużo dobrego. O ile się owo ziarno od plew oddzielić umie, ale niestety mam wrażenie, że zrobiły jedną podstawową rzecz bardzo złą- zagłuszyły nasz instynkt. Wiem co mówię! Wiem to po sobie! Ileż razy, kiedy coś tam się działo z moim pierwszym synem czyli Heńkiem, zamiast na spokojnie usiąść i zastanowić się co począć, wsłuchać się w swoją intuicję, leciałam do sieci, sprawdzać, szukać, weryfikować. Błąd! Teraz taka jestem mądrala ;), bo widzę, że bojąc się o swoje dziecko, życząc mu jak najlepiej, chcąc go uchronić przed złem, jesteśmy w stanie łyknąć tak wiele różnych, niekoniecznie mądrych podpowiedzi, że głowa mała! Choć… może tylko ja taka byłam łykająca jak młody pelikan? W każdym razie nie polecam!

Fajnie sobie coś w sieci poczytać z ciekawości, z chęci zobaczenia jak mają inni. Ale absolutnie nie warto dać sobie wcisnąć, że jest jeden wzorzec z Sevres wychowania, zadbania, zatroszczenia się o WŁASNE dziecko. Owszem, chwilę mi zajęło, gdy dotarło do mnie, że to MOJE dziecko. Sama sobie je urodziłam i piersią własną wykarmiłam, więc na zdrowy rozum, kto jak nie ja ma wiedzieć, jak z nim postępować? 🙂

Niemniej poczytać coś warto. Znajomej i jej siostrze zamiast Internetów poleciłam dwie książki. A właściwie serię, bo na dwóch się nie kończy. Niektórzy mówią na to nawet biblia rodzicielstwa – Heidi Murkoff „W oczekiwaniu na dziecko”, a potem tej samej autorki z przyległościami „Pierwszy rok życia dziecka” i tak dalej. Opasłe to tomiszcza, ale na moje oko warte zainwestowania grosza i czasu na lekturę. Stara dobra książka zawsze się obroni w starciu z Internetami. Tak myślę 😉

A na bloga zapraszam, byle tylko nie traktować zamieszczanych tu treści jako prawdy objawionej. Bardziej to dla mnie początek dyskusji o tym jak mają inni, jak różni rodzice radzą sobie z podobnymi do moich problemami.

Wrzucam piękne zdjęcie od Magdy z Bajeczne Historie 🙂

Magda! Dzięki 🙂 Ten młody człowiek z bardzo zdziwioną miną to nasz synek Marian (tu jest jakby luksusowo) 😉

Reklamy

Co jest NAJGORSZE w macierzyństwie?

No właśnie? Co jest „najgorsze” w macierzyństwie? Pewnie przyjdzie czas, by napisać, co jest najlepsze i to bez asekuracyjnego cudzysłowu 😉 Cudzysłów dziś po to, żeby zmiękczyć, żeby nie było, że to totalne utyskiwanie, marudzenie, dół, dramat i koszmar. Choć… lekko nie jest.

Otóż „najgorsze” w macierzyństwie nie jest wcale wstawanie w nocy do dziecka – żeby nakarmić, żeby pobujać, żeby utulić, gdy przyśnią się duchy.

Najgorsze nie jest uspokajanie płaczu, wyciszanie wrzasków, ani znoszenie fochów.

Nawet nie ten permanentny brak czasu dla siebie – niezrobione paznokcie, niepofarbowane włosy, oponka na brzuchu (bo kiedy ćwiczyć?) czy kolejne odwołane spotkanie towarzyskie (bo skąd brać siły?). To nie to!

Dla mnie NAJGORSZE  w macierzyństwie jest to, że kiedy stajesz się matką w Twojej głowie coś się nieodwracalnie przestawia. Załącza się jakiś taki pstryczek, o istnieniu którego wcześniej w ogóle nie miałaś pojęcia.

Znika beztroska, nie ma wolnych myśli. No chciałabyś się nie martwić czy zjadł śniadanie w przedszkolu – ale nie dajesz rady. No próbujesz nie mówić ciągle: „załóż skarpetki”, „weź bluzę”- ale nie umiesz. Chcesz wyjść spokojnie na wino z koleżankami i nie myśleć „czy śpi spokojnie?”, ale jakoś tak nie wychodzi. Załącza się w głowie tryb „matka”, który dla samej matki jest niezłym wyzwaniem.

Matka jest jak wytrawny gracz! 😉 Pamiętam, gdy Heniek- mój starszy syn, uczył się chodzić. Czułam się wtedy jak w grze komputerowej. Wszędzie w pokoju widziałam jakieś zagrożenia. Podświetlały mi się na czerwono – kaloryfer, rogi od stołu, świeżo wypastowana, śliska podłoga. Jak wrogowie, którzy wyskakują zza winkla. Normalnie Mortal Kombat! 😉 Próbowałam przymknąć oczy i pozbyć się tego obrazu – nigdy mi się to nie podświetlało. Dziś, gdy Heniek ma 4 lata, zagrożenia nadal się podświetlają.

Bawią mnie trochę ludzie, którzy mówią, że po narodzinach dziecka nic się w ich życiu nie zmieniło. To albo wielka potrzeba zatrzymania tej dawnej wolności, a raczej jej ułudy, albo jakaś taka poza, że nie wypada mówić, że dziecko zmienia wszystko. Bo zmienia. Najbardziej to, co mamy w głowie 🙂

Pamiętam, gdy wyszłam po raz pierwszy na zakupy po tygodniowym pobycie z Heńkiem w szpitalu, do spożywczaka na dole w bloku. Bobas miał żółtaczkę, naświetlania itp., więc chwilę to trwało od momentu porodu. Po tygodniowym pobycie w szpitalnej bańce wyszłam do „normalnego” świata. Zaciągnęłam się porannym powietrzem i pomyślałam sobie, że w garażu stoi moje auto – może by tak wsiąść i sobie gdzieś pojechać? Ups… chyba już nie te czasy. Przecież za chwilę trzeba karmić bobasa… I tak jedna taka myśl i kolejna i kolejna… A w każdej tej myśli mały człowiek, który sam się przecież sobą nie zaopiekuje.

Mądry człowiek Kamil Nowak, który prowadzi od lat bloga Blog Ojciec wrzucił na swojego Fejsbuka takie hasło (cytuję z pamięci): „Kiedy jesteś rodzicem nieważne jak radzisz sobie z dziećmi, ważne jak radzisz sobie ze sobą”. Święta prawda!

Mam wrażenie, że macierzyństwo to ciągła praca nad sobą – żeby się mniej martwić, żeby nie krzyczeć, żeby nie wybuchać, żeby się nie denerwować i tak dalej…  i tak dalej…

No i żeby czasem jednak wsiąść do tego auta, zaparkowanego w garażu i po prostu gdzieś sobie pojechać. Nawet na dwie godziny. Mnie się jeszcze w sumie nie udało, ale skoro już pomyślałam, że jest taka opcja to jest pierwszy krok do sukcesu 🙂

ps. znak zapytania pożyczyłam z http://www.cda.pl

 

Sen jest dla słabych!

Kiedy człowiek zostaje rodzicem to luksusem stają się dwie absolutnie podstawowe rzeczy – spokojny sen i możliwość spokojnego skonsumowania posiłku.

Dziś zajmiemy się tym pierwszym 😉

Od trzech miesięcy jestem dumną matką Mariana. Główne pytanie, które słyszę od zainteresowanych moich ponownym macierzyństwem to: „Jak tam maluch? Daje Ci pospać w nocy?”. Odpowiedź jest jedna: „Marian, tu jest jakby luksusowo”. 🙂 tzn. w świecie rodziców jest luksusowo, bo w świecie bezdzieciowym opcja pobudki w nocy co 2-3 godziny w celach bycia posiłkiem dziecka, byłaby dramatem.

Ależ się człowiekowi zmienia optyka! Kiedyś, gdyby ktoś mi powiedział: „Wiesz, budzę się co 2-3 godziny w nocy, żeby nakarmić dziecko. Karmię kwadrans, odkładam i idę spać”, kupiłabym takiej osobie melisę, wyściskała z troską i zaproponowała poduszkę 😉 Dziś to JA jestem tą osobą i uważam, że wylosowałam naprawdę przyzwoity model, który nie wisi na piersi godzinami, nie płacze przez pół nocy z niewiadomego powodu i nie robi jeszcze paru innych rzeczy, które zdarzają się bobasom, niwecząc wszelkie nadzieje matki na sekundę spokojnego snu.

Tyle o spaniu Mania w nocy. Oby szło mu dalej tak dobrze! Co innego jednak spanie w dzień w wariancie „dwójka dzieci…”

Kiedyś gardziłabym drzemką w ciągu dnia. Spanie jest dla słabych! Przecież zamiast kimać dwie godzinki można zrobić tyle pożytecznych rzeczy. Jakaż byłam niemądra, gdy Heniek (mój starszy syn) był malutki i bardziej doświadczeni rodzice mówili: „Pamiętaj! Śpij, gdy dziecko śpi!”. No przecież to ujma na honorze! Trzeba poprać, obiad od Rodziców odgrzać lub chociaż herbaty sobie spokojnie zaparzyć. Z czasem na szczęście zmądrzałam 🙂 i wdrożyliśmy w naszym domu, ku radości Męża, który wstaje niemal codziennie do pracy o 4.30 (nie, nie, nie pracuje chłop na pierwszej zmianie w fabryce tylko za kamerą w dużej stacji telewizyjnej 😉 program „poobiednia drzemka” w towarzystwie Heńka.

Gdy zatem w jego przedszkolu na początek drugiego semestru kończącego się właśnie roku szkolnego padło hasło „odzwyczajamy dzieci od spania” na naszą rodzinę padł blady strach! „Drzemeczka” w okolicach 13-15 stała się bowiem naszym rodzinnym rytuałem. W przedszkolu jakoś temat przewalczyliśmy – Heniek bezkarnie może sobie spać dalej w ciągu dnia. Niestety w naszym rodzinnym życiu wszystko zmieniło się 27 marca 2018, kiedy na świecie pojawił się Marian… Bo chłopina może i w nocy daje pospać, ale kiedy duet Marian + Heniek dobierze się razem to o cudownej „drzemeczce” w ciągu dnia nie ma już mowy! Nie mogą się panowie dogadać i spać na akord. Każdy posypia sobie po swojemu… 🙂

No i taki na przykład urlop- czas w końcu idealny do odpoczynku. Nie w świecie rodzica… Niedawno byliśmy na kilka dnia nad naszym pięknym, polskim morzem, korzystając z klimatu prawie wakacyjnego chciałam się zdrzemnąć w ciągu dnia, gdy będą spali moi synkowie. Moje plany zakończyły się katastrofą…

Pierwszy zasnął Maniek. Wiadomo – bobasy nie mają zbyt wielu atrakcji w życiu, śpią, jedzą, trochę pogadają, czasem zapłaczą i znowu śpią oraz jedzą. Było coś koło godziny 13.00 – WSPANIALE! – pomyślałam, zaraz położę Heńka i sama też rzucę głowę w przyjemną poduszkową otchłań. Heniek grzecznie położył się na poobiednią drzemeczkę, tradycyjnie zażądał „WOJTUSIA!!” rozpoczęłam więc zawodzenie:

Z popielnika na Wojtusia… Iskiereczka mruga….

… ukochany hit Heńka (myślę, że odkąd pojawił się na świecie zaśpiewałam go na oko ze dwa miliony razy… 😉 jest moją zmorą – jako dziecko nienawidziłam tej piosenki, a z uporem śpiewała mi ją mama. Bałam się baby jagi, a ta iskiereczka wydawała  mi się jakaś taka mroczna. 😉  Efekt jest jednak niestety taki, że jest to właściwie jedyna kołysanka, którą znam, więc przez przyzwyczajenie stała się Heńkowo-ulubioną.

W każdym razie zasypianie szło tego dnia Heńkowi dość opornie, więc odśpiewałam „Wojtusia” jak mantrę jakieś kilkadziesiąt razy i gdy z lekką już chrypą z radością skonstatowałam, że chłopunio zasnął, udałam się w stronę swojej poduszki. Wtedy rozległo się stękanie Mariana. Co począć? Mówią, że małe dzieci karmione piersią jedzą co trzy godziny, albo na żądanie. Marian jest w tej drugiej grupie i postawę ma raczej roszczeniową 🙂 Chwyciłam zatem resztą sił bobasa (w końcu śpiewając trzydziesty raz „WOJTUSIA” widziałam już oczyma wyobraźni siebie w objęciach Morfeusza ;), przytuliłam, nakarmiłam, po czym bardzo delikatnie odłożyłam, by za chwilę zalec obok niego na regeneracyjny power nap. W tym momencie usłyszałam za plecami: „Mamo sikuuu!!!!”. Co więc począć? Rzuciłam się do organizowania czynności toaletowych, przebudzonemu przez fizjologiczną potrzebę Heńkowi. Niestety potrzeba była silniejsza od jego snu i owo „siku” rozpoczęło się już na poziomie kołdry. Ten fakt wyprowadził rozespanego trzylatka z równowagi, rozpłakał się. Tulenie, przebieranie, przewlekanie pościeli… Uf… na szczęście zasnął z powrotem, mimo „sikowego armagedonu”. Sytuacja wydawała się opanowana, jednak za rogiem już czyhał złośliwy los i w pokoju rozległo się „łueeeeee łueeeee łueeee”. Kiedy ponownie uśpiłam obudzonego tym razem nie przez głód, ale przez ogólne zamieszanie Mariana podjęłam heroiczną próbę planowanego przeze mnie od jakichś dwóch godzin rzucenia się w poduszkową otchłań. I wtedy stało się najgorsze: rozemocjonowana wszystkimi zdarzeniami, przekroczyłam granicę zmęczenia i już… nie mogłam zasnąć. 

Tak oto skończyły się moje marzenia o spaniu, gdy dzieci śpią. Najwyraźniej ta mądra zasada nie ma zastosowania w przypadku większej liczby potomstwa. 🙂

Ps. Oczywiście ten wpis powstał podczas drzemki Mariana. Heniek dziś akurat jest w przedszkolu 😉

Ps. 2. I na koniec jeszcze rada dla przyszłych rodziców: nigdy nikomu (żonie, mężowi, mamie, teściowej) nie piszcie w smsie, nie mówicie przez telefon „A wiesz, bobas właśnie zasnął…”. Ze stuprocentową pewnością pięć minut po wypowiedzeniu tych słów ów bobas się obudzi. Mamy to mężem wielokrotnie przećwiczone. 😉

 

Wywiad z Miłoszem Brzezińskim o… zaczarowanym ołówku ;)

Dawno, dawno temu w bardzo fajnym okresie mojej zawodowej pracy czyli w Polskim  Radiu w Czwórce mieliśmy zwyczaj z niejakim Miłoszem Brzezińskim siadywać sobie w środowe poranki przy mikrofonach i opowiadać narodowi o różnych życiowych rzeczach. Ku naszej radości okazało się, że spora część tego narodu owych opowieści słuchać chciała. Dość powiedzieć, że do tej pory Miłosz co jakiś czas pisze do mnie i donosi o kolejnych osobach, które spotyka w pociągu, w samolocie, na ulicy, które go rozpoznają nie tylko z licznych telewizyjnych występów, ale również dlatego, że ze stuprocentową systematycznością słuchały naszych środowych opowieści. To bardzo miłe!

Jakiś czas temu rzuciłam się na głęboką wodę i zrobiłam z Miłoszem wywiad pisany. Woda jednak okazała się na Dżbikowe nogi zbyt głęboka – redakcja tekstu nie przyjęła. A że my blog is my castle ;),a Miłosz nie ma nic przeciwko – publikuję naszą rozmowę o metodzie zielonego ołówka. Do poczytania nie tylko dla rodziców, którzy swoje dzieci chcą pozytywnie motywować 🙂

Zaczarowany ołówek

O metodzie zielonego ołówka z Miłoszem Brzezińskim, konsultantem w zakresie
efektywności osobistej i zjawisk psychologicznych, certyfikowanym coachem,
autorem książki „Głaskologia. Faktyczne reguły motywowania i rozumienia motywacji” rozmawia Justyna Dżbik-Kluge.

„W ocenie nie podkreślaj błędów. Wyróżnij to, co wyszło dobrze”- tak w skrócie można przedstawić tzw. metodę zielonego ołówka. Ostatnio zrobiło się o niej głośno w Internecie z bardzo entuzjastycznymi komentarzami. Chodzi o to, by zmienić podejście do oceniania prac dzieci – zamiast podkreślać na czerwono błędy, należy zaznaczać na zielono to, co wyszło dziecku naprawdę dobrze. Czy taka zmiana perspektywy może być skuteczna w rozwijaniu talentów?

Bez wątpienia zdrowemu nie zaszkodzi. Ale wbrew pozorom zakreślanie błędów na czerwono to jest bardziej złożona sprawa. Nie można jednoznacznie odpowiedzieć, że to jest dobre albo złe. Czerwony długopis wziął się z tego, że chcemy zabezpieczyć dzieci. To jest ewolucyjna zasada – żeby się samorealizować, najpierw trzeba przeżyć. Czerwony długopis to przeżycie, zielony – samorealizacja, czyli poziom wyżej. My chcemy, żeby dzieci poznały podstawowe zasady – co jest błędem a co nie, po to, żeby w przyszłości nic im się nie stało. Bardziej nas interesuje to, żeby dzieci nie robiły karygodnych błędów, niż to czy są wysoko ponad przeciętną. Najpierw chcemy, żeby dzieci nie umarły, nie zachorowały, nie wpadły pod samochód, wiedziały jak napisać trudny wyraz (bo będzie wstyd), a potem możemy pomagać im zdobywać inne sprawności.

Czyli wskazywanie błędów to jest taka nasza baza? Dziecko najpierw musi umieć w ogóle dobrze trzymać długopis, a potem może dopiero uczyć się pięknie rysować?

Dokładnie tak. I może rysować bardzo ładnie, źle, średnio, albo wcale – nie szkodzi. To nie jest kluczowe w życiu, żeby ktoś ładnie rysował.

Skoro wiemy, do czego jest czerwony ołówek, to do czego może się przydać zielony ołówek?

To jest dobra metoda, bo generalnie dzieci się lepiej uczą z przykładów pozytywnych. Czyli lepsza bajka: „Jaś był dobry i dostał nagrodę”, niż „Jaś ukradł i mu urwało nogi”. Jak mówią kierowcy Formuły 1: „Jeśli chcesz dobrze pojechać, to patrz na drogę, a nie na barierki”. Dzieci lubią, jak im ktoś powie, co robią dobrze. Dorośli też to zresztą lubią. Dzieci się pod tym względem od nas nie różnią. Ale jest tu pewien niuans. Zielony ołówek tak naprawdę nie uczy dzieci, jak jest dobrze, tylko co się rodzicom podoba. Wygląda na to, że ta zielona kredka może – jeśli ją przegniemy w drugą stronę – być narzędziem dla control-freaków, czyli dla ludzi, którzy chcą mieć nad dzieckiem pełną kontrolę. „Ja Ci powiem, jak jest dobrze!”, „Koniecznie musisz rysować tak te szlaczki, jak ja Ci pokazuję”, „Mama lubi, gdy rysujesz tak, a nie inaczej”.

W ten sposób od razu idziesz w stronę pewnej deformacji dobrej idei…

Tak, ponieważ – zwróć uwagę – akurat w przypadku norm i szlaczków, później najbardziej cenimy te jednostki, które jednak norm się nie trzymają. Artyści, naukowcy, dziennikarze, odkrywcy… Trzymanie się między linijkami nie jest obiektywnym dobrem. Ale, żeby nie było prosto – zielony długopis jest z drugiej strony bardzo dobrą ideą, także dla rodziców. Bo rodzice się uczą, żeby nie tylko patrzeć na to, co dziecko robi źle, ale też od czasu do czasu powiedzieć coś miłego, żeby nie przestało szukać swojej drogi.

o szukać swojej drogi.

Pomyślałam o technice zielonego ołówka w kontekście Twojej książki „Głaskologia”, w której pokazujesz jak pozytywnie ludzi motywować w życiu. Podkreślasz coś innego niż to, do czego się przyzwyczailiśmy. Piszesz sporo o sukcesie. Uczysz, żeby o sukcesach rozmawiać. Zielony ołówek jest symbolem zmiany sposobu myślenia na ten, skupiony na sukcesie. To przecież jest lepsze niż rozmawianie o porażkach!

W takim kontekście to pewnie jest lepsze, ale tutaj też jest parę niuansów. Przede wszystkim dzieci najlepiej chwalić za wysiłek, a nie za efekty. To wiemy na pewno, na ten temat są badania.

Jak to? Mamy mówić, że dobrze, że się starały, nieważne czy im coś wyjdzie czy nie?

Tak, bo dzieciom najczęściej i tak niewiele wychodzi, przecież dopiero się uczą. Może się okazać, że kiedy zaczniesz szukać w pracy dziecka rzeczy wyjątkowych, które możesz zakreślić na zielono, to tych zakreśleń wcale nie będzie tak wiele. Poza tym zobacz co tu się dalej dzieje. Jeśli każesz dziecku zamalować całą stronę szlaczkami, to na pierwszej połowie strony będzie mu się łatwiej skupić niż na drugiej. To jest czasem ponad jego możliwości, żeby drugą część strony narysować równo, bo nie ma już siły na koncentrację. I co mu powiesz? Że idzie mu coraz gorzej? Trzeba się cieszyć i chwalić, że dziecko w ogóle siedzi i próbuje. Uczymy je, że nauka, to proces. Jeśli będzie siedziało i próbowało, to mu w końcu będzie szło coraz lepiej. Generalnie uczmy dzieci, żeby się angażowały. Jak się angażują – jest dobrze. Jak się nie angażują – jest gorzej. Jak się dziecko zaangażuje i dostanie trójkę w szkole, to jest super i możemy je pochwalić. Ale jak się nie zaangażowało i dostało trójkę to mówimy: „Trójkę dostałeś, ale widzę, że się w ogóle nie uczyłeś, czyli gdybyś się trochę bardziej przyłożył pewnie dostałbyś lepszą ocenę”. Wyniki w życiu dziecka nie są niezwykle ważne. Dajmy spokój z wynikami. Dzieci pójdą do pracy i tam już zawsze będą oceniane przez pryzmat wyników.

To się w dorosłym życiu diametralnie zmienia! Pamiętam, jak usłyszałam na początku swojej pracy dziennikarskiej hasło „rozliczamy wynikowo”. Nieważne czy wykonywałeś jakąś pracę przez godzinę, czy przez siedem godzin. Jeśli wynik jest taki sam po godzinie, jak po siedmiu – twój problem.

Tak się dzieje przede wszystkim dlatego, że biznes jest po prostu rywalizacyjny. Pracodawcy nie obchodzi ile się narobiłaś, bo ściga się z konkurencją. Szuka pracowników, którzy dostoją w wyścigu. A żeby dawać radę w wyścigu trzeba umieć być wytrwałym i tu – okazuje się – najlepiej procentuje umiejętność angażowania się z dzieciństwa. Ale, ale: spinamy się również dlatego, że nam się wydaje, iż człowiek powinien sam dużo robić. Sądzimy, że powinniśmy być niezwykle samodzielni. A to w zasadzie w ogóle jest nieprawda, bo człowiek sam niewiele może zrobić. Prawdę powiedziawszy nic… Najczęściej komuś coś zawdzięczamy. Nawet, choć to pewnie dziwne w pierwszej chwili, w dużej mierze zawdzięczamy innym wiedzę o sobie. Nie mamy zbyt dużej możliwości poznania siebie sami. Nawet jeśli ktoś idzie na psychoterapię, to kończy się na tym, że terapeuta mu mówi: „A Ty wiesz, kim ty jesteś”? albo „A Ty wiesz, jak twój związek działa?”. To takie nasze prozachodnie myślenia. „Teraz ja, ja ja i uwaga tylko ja!” nie jest najlepszym pomysłem. Zamiast „poznaj siebie” powinniśmy mówić: „poznaj innych, a przez tych innych lepiej poznasz siebie”. I dlatego my też potrzebujemy trochę od innych informacji, co nam idzie dobrze. Na przykład ktoś Ci powie: „O, pani Justyno, pani to powinna powieść napisać”. I ty sobie pomyślisz: „No faktycznie, powieść…”. I tydzień później orientujesz się, że ciągle o tym myślisz. I nie doszłaś do takich wniosków sama, tylko ktoś Ci coś uzmysłowił, patrząc na Ciebie i Twoje umiejętności. Warto o tych dobrych stronach pamiętać także z innego powodu. Każdy kto jest w jakimś trwałym związku, widzi, że po tej pierwszej „Niagarze endorfin” zaczyna szybciej przybywać wad partnera. Nagle nie widać już tylu zalet! O ile w pierwszej fazie związku uważaliśmy, że nasz partner jest lepszy niż reszta świata, to w kolejnych mamy raczej tendencję do sądzenia, że inni są po prostu gorsi od niego. On nie jest może jakiś super, ale inni są gorsi. Tak samo jest z dzieckiem. My je kochamy oczywiście bezwarunkowo, ale jego zalety też się same nie zbierają. Tylko mamy do niego pretensje: znowu coś nie tak, znowu coś nie wyszło… Tak się składa, że mamy naturalną tendencję do rozpamiętywania porażek.

Dlaczego tak jest?

Bo jak Ci coś nie wyjdzie, a nie zapamiętasz tego, to następnym razem Cię to na przykład zabije… brzmi to kuriozalnie, ale pamiętajmy, że mózg nie ewoluował w czasach galerii handlowych i pokoju, ale przez setki tysięcy lat walki o życie. Najwyraźniej ci, którzy bagatelizowali niebezpieczeństwa wyginęli. I zostaliśmy
tylko my – potomkowie rozpamiętywaczy porażek.

Czyli rozpamiętywanie porażek pomaga nam przetrwać.

Trochę tak. To jest zasadne ewolucyjnie, żeby pamiętać rzeczy, które nam nie wyszły. Jak się raz nie schyliłeś pod gałęzią i Ci prawie wydłubało oko, pamiętasz to wydarzenie i następnym razem się schylisz, żeby uniknąć niebezpieczeństwa. A jak raz przeskoczysz ładnie nad dołkiem i w zasadzie nie sprawiło Ci to problemu, to co tu w ogóle zapamiętywać?

Czyli przestawiając punkt nacisku z rzeczy negatywnych na pozytywne walczymy z ewolucją?

To by była nadinterpretacja. Prawo doboru naturalnego mówi: przeżyją najlepiej przystosowani czyli ci, którzy najlepiej reagują na zmiany. Żyjemy w czasach, w których różnych czynników zagrażających nie ma szczególnie wiele. Większość osób może sobie żyć spokojnie i nic się nie dzieje. Mamuty nas nie zadepczą… Wystarczy, żebyśmy się w miarę zdrowo odżywiali i trochę o siebie dbali. Dlatego też odchodzimy coraz bardziej od tego, żeby dzieci przed wszystkim zabezpieczać. Im się prawdopodobnie nic nie stanie. Za to chcemy, żeby im było jak najlepiej, dlatego je głaskamy, doceniamy, chwalimy.

Czyli ten zielony ołówek to jest dowód naszego rozwoju cywilizacyjnego – mamy załatwioną bazę, nie musimy tak bardzo bać się podstawowych błędów, możemy sobie pozwolić na krok dalej?

Mamy podstawy sądzić, że jest coś na rzeczy, aczkolwiek ciągle istnieje nurt socjologiczny, który mówi, że nie da się ukształtować charakteru, jeśli ktoś nie ma na swoim koncie trudnych przeżyć. Im bardziej będziemy rodzicami „curlingowymi”, czyli takimi, co przed dzieckiem zamiatają miotełką wszystkie niebezpieczeństwa, niczym zawodnicy w curlingu przed kamieniami, tym bardziej zwiększamy szansę na stany depresyjne u dziecka. Bo ono traci punkt odniesienia. Na to mamy badania. Nie żyjemy w niezwykle trudnych czasach, nie jesteśmy pierwszym pokoleniem po wojnie, które się w ogóle cieszy, że jest sklep. Żyjemy w niemałym komforcie. A ponieważ nikt u nas charakteru nie uczy – w szkole nie ma takiego przedmiotu – to ciężkie doświadczenia wyrabiają charakter całkiem skutecznie. Im bardziej ich ubywa, tym bardziej ludzie robią się niestabilni emocjonalnie. Tylko niech nikt sobie nie pomyśli, że trzeba sztucznie tworzyć dla dziecka jakieś traumatyczne sytuacje, żeby wyrabiał się jego charakter. O nie! Życie samo dostarczy trudnych momentów. Trzeba siebie i dziecko nauczyć na nie reagować.

W swoich wypowiedziach bardzo chętnie odwołujesz się do badań. Czy są jakieś twarde dane, pokazujące to, że tyle ile my przekażemy pozytywnej motywacji dziecku, gdy jest małe, tyle ono potem będzie miało poczucia własnej wartości w dorosłym życiu?

Nie, ponieważ poczucie własnej wartości, to bardzo interesujący „konstrukt” – właściwie na nic bezpośrednio nie wpływa. Ono się kształtuje jako subiektywna percepcja sukcesów do porażek. Wniosek z tego taki, że warto dostarczać dziecku okazji, żeby miało jakieś sukcesy w życiu – małe, średnie, większe, różne. Żeby dawało radę robić to, co z jego perspektywy jest ważne. Natomiast jak próbujemy za dziecko wszystko zrobić, to sukcesów nie będzie. Dobre rodzicielstwo nie polega na takim afirmacyjnym „pompowaniu” codziennie w dziecko pozytywnych stwierdzeń w stylu „cieszę się, że jesteś w moim świecie”. To nic nie daje. Dziecku wystarczy, że rodzic będzie po tej samej stronie co ono. A wyciągnie wnioski na ten temat nie z tego, co mówimy, tylko z tego, co robimy. Jeśli dziecko zbankrutuje to rodzić powie: „nieważne co robisz ze swoimi pieniędzmi, zawsze jesteś moim dzieckiem i zawsze będę Cię kochać i wspierać”. Każda osoba, o której wiemy, że odniosła jakiś spektakularny sukces, miała przynajmniej jednego człowieka, który był bezwzględnie po jej stronie. Na to mamy badania. Taką osobą nie musi, ale oczywiście może być rodzic.

Czyli zaznaczamy czerwonym ołówkiem błędy, ale mówimy „ja też nie byłem nieomylny”?

Tak. I to może przełożyć się na dorosłość. Jeśli mamy poczucie, że nie jesteśmy sami w życiu, to już bardzo dużo. Niektórzy twierdzą, że to właściwie wystarczy.

Karmienie piersią to cud! Ekhem… Ciekawe z której strony… ;)

Czas na pierwsze blogowe „mięso”. 🙂

Zaczynam cykl rodzicielstwo po hardkorze czyli

„10 WYOBRAŻEŃ NA TEMAT RODZICIELSTWA, KTÓRE MASZ ZANIM ZOSTANIESZ RODZICEM, A POTEM ŻYCIE (mniej lub bardziej) BOLEŚNIE JE WERYFIKUJE”.

Zanim zostałam mamą baaaaardzo dużo mi się wydawało. Miałam w głowie obraz rodzicielstwa, jak się potem okazało bardzo mylny. Bo w starciu wyobrażenia vs. rzeczywistość jest 0:1. Skąd ten obraz? No jak to zwykle w bajkach bywa: z opowieści, z filmów, z reklam, z marzeń, życzeń, nie wiadomo skąd, ale na pewno nie z własnego doświadczenia.

Teraz widzę, że wiele jest takich aspektów macierzyństwa, co do których „przed” dużo nam się wydaje, a „po” zachodzimy w głowę dlaczego miało być tak pięknie, a wyszło jak zawsze.

Punkt pierwszy na liście mitów to KARMIENIE PIERSIĄ. Nie zapomnę nigdy pierwszych wizyt w szpitalu/ przychodni Św. Zofii. Rodziłam tam obu synków i Heńka i Mariana. Do tego miejsca nic nie mam. Wprost przeciwnie – polecam każdej przyszłej mamie. Ale z pierwszych wizyt utkwił mi w głowie obrazek zdjęć na ścianach, w materiałach promocyjnych – matka karmiąca piersią. Wszędzie, ale to dosłownie wszędzie wyglądało to tak samo: uśmiechnięta, rozanielona pani, która maślanym wzrokiem wpatruje się w ciumkającego z jej piersi bobasa. Ten oczywiście wtulony, różowiutki, uśmiechnięty, ciumka i patrzy na nią jeszcze bardziej maślanym wzrokiem. No serio, co jak co, ale z karmieniem piersią to myślałam, że pójdzie jak z płatka. Dlaczego cokolwiek miałoby być nie tak? Przecież to karmienie NATURALNE. Samo się zrobi! Piersi wytworzą pokarm, dziecko będzie go ssało – cześć pieśni. A tymczasem….

Nie znam żadnej matki, która powiedziałaby, że karmienie piersią było dla niej łatwym zadaniem. Powtarzam: ŻADNEJ. A matek młodych znam sporo 😉 Dlaczego nikt nie mówił, że jak jazdy na rowerze, pisania, mówienia, również tego trzeba się NAUCZYĆ? Nie przypominam sobie, żeby na zajęciach szkoły rodzenia, na które zwarci i gotowi uczęszczaliśmy z Mężem przed narodzinami Heńka ktoś choć napomknął o takiej „niespodziance”, jaka czeka na przyszłą matkę.

Wychodzisz kobito umęczona po tym całym „pięknym” doświadczeniu jakim jest poród i położna rzuca Ci na pierś małego golasa oznajmiając: to teraz dwie godziny kontaktu skóra do skóry, jak się przystawi to fajnie, jak nie to spokojnie ma czas. „JEŚLI się przystawi?”- myślisz, „ale jak to? To może się NIE PRZYSTAWIĆ?”. No więc Heniek był właśnie w tej drugiej grupie. Wolał spać niż ciumkać. Pierwszy szok, ale to przecież dopiero początek przygody…

I wtedy zaczyna się „jazda” : próby przystawienia do piersi, płacze, wypluwanie, wyciskanie pokarmu do kieliszka i wlewanie bobasowi do buzi (przecież musi jeść!), znów próba przystawienia – ciumka, zasnął!!- budzisz, musi jeść. Tym bardziej, że Heniek urodził się z żółtaczką i karmienie co trzy godziny było absolutną koniecznością. Swoją drogą hasło „karmienie co trzy godziny” jest też dosyć zabawne. Raczej zamieniłabym je na „karmienie przez trzy godziny”. 🙂 Bo gdy taki mały delikwent już przystawi się do piersi i zajada to zazwyczaj trwa to 10 minut… 15 minut…. 30 minut… godzinę… I już nie wiesz czy skończyło się jedno karmienie i zaczęło drugie czy cały czas trwa to pierwsze.

Ja pierwsze trzy miesiące życia Heńka czyli starszego syna spędziłam z poduszką do karmienia na kanapie z bobasem pod pachą, który jadł i spał, jadł i spał. Oraz płakał, bo się przejadał. Ale ciągle chciał jeść. Taka niespodzianka. Kolejny paradoks – dziecko boli brzuch? Rada: przystaw do piersi! Ale przecież go boli, bo się przejadł! To nic! Tak trzeba. I oczywiście „piersią przecież nie przekarmisz”. Czy aby na pewno?

Przy Marianie postanowiłam nie popełniać tego błędu tylko odstawiać go od piersi po jedzeniu, a gdy już widać było, że jest najedzony a ciumka sobie just for fun dawać mu smoczek. Smoczek? Tak! Smoczek! Jak słusznie zauważyła moja przyjaciółka „smoczek to nie heroina”. 😉 I przynajmniej Maniek jest zadowolony, a nie w kółko „przeżarty” (jak uroczo diagnozowała wcześniej jego brata nasza pediatra).

Wracając do karmienia. Masz tyle pokarmu, ile dziecko potrzebuje – mówili. Piersi dostosowują produkcję do apetytu dziecka – przekonywali. Jaaaasne… Szkoda, że nie od razu. Pamiętam, że śmiałam się w duchu czytając o okładach na piersi z białej kapusty- wiadomo, ciemnota i zabobon. A potem sama słałam Męża błagalnym tonem „kup tę kapustę proszę!!!”, kiedy przyszedł czas tak zwanego nawału i  piersi wcale nie produkowały tyle pokarmu co dla Heńka, tylko tyle co dla Heńka, Cześka, Franka, Felka, Janka… Wieśka…. no dla połowy osiedla na spokojnie.

Trzeba było się też przyzwyczaić – się i bobasa – że piersi to nie kranik z wodą, której temperaturę i strumień ustalasz według swojego uznania. Już kiedy wydawało mi się, że jest ok i zabierałam się do kolejnego karmienia,zaczynał się „przypiersiowy dym”. A dym może być o wszystko: Za dużo leci! Za mało leci! Krzywo leci! Wolno leci! Nie jednak za szybko! ŁUAAAAA! ŁUAAAA! ŁUAAAAA! I tak siedzisz biedna kobieto, z włosem zmierzwionym, z wrzeszczącym bobasem przy piersi, a w tej piersi z litrami pokarmu i … nic….  i nie działa… i myślisz: gdzie popełniłam błąd? Dopiero potem dowiadujesz się, że nigdzie, że po prostu trzeba się – się i bobasa – tego nauczyć.

I tak jestem wdzięczna losowi, który obdarował mnie pokarmem w dużych ilościach i jak widać było po szybko przybierających na wadze dzieciakach, o wysokiej wartości. Ale ile się nasłuchałam od koleżanek historii w stylu „miałam za mało pokarmu”, „nie miałam pokarmu”, „miałam ale nie leciał”, „piersi mi nie wytrzymywały, były poranione – musiałam odstawić”. No cała gama doświadczeń. Niezbyt wzniosłych, niestety.

Przez pierwsze 3 miesiące karmienia CODZIENNIE mówiłam do Męża – nie daję rady! Jutro go odstawiam! Jutro go odstawiam! Mam dość. I tak karmiłam Heńka piersią przez 16 miesięcy. Z Mańkiem mam ambitny plan trochę jednak wyluzować i dobić maksymalnie do roku, ale cholera wie, jak się to poukłada. 😉 Nie przewidzisz. Choć dzieci, które na własnych nóżkach podchodzą do mamy i mówią „mamusiu, cyca”, na co mama ochoczo wyskakuje z piersi i proponuje im zdrowy posiłek – to już dla mnie gruba przesada. A i takie sceny widziałam nie raz.

Z drugiej strony trochę takie mamy rozumiem… Bo w końcu pojawia się ten obrazek z korytarza św. Zofii, stajemy się tymi rozanielonymi mamami z wpatrzonymi w nas dzidziolami  i wtedy słyszymy: „ile czasu karmisz?! tak dłuuuugoooo????!!!”. Gdy już się kobito nauczysz karmić, bobas nauczy się ssać, zaczyna być z tego jakakolwiek przyjemność z bliskości z dzieckiem świat znów wylewa Ci na głowę kubeł zimnej wody: „etam! Już rok karmisz?! No weź! Po co?! Przecież po roku to już to mleko nie ma żadnych wartości odżywczych” albo „Ile karmisz? Ponad rok? No wiesz! Ja mam w pracy taką koleżankę, co ma sąsiadkę, co jej córka karmiła CZTERY lata! Wyobrażasz sobie! Zobaczysz! Twój też się nie będzie chciał potem odstawić od piersi”. I tak w koło Macieju – banda „życzliwych”.

Także uszy do góry przyszłe i obecne matki! Wciągajcie brzuch i cyc do przodu! A jeśli nie macie ochoty cyca uruchamiać to… Wasza wolna wola. Kiedyś wydawało mi się, że mamy, które świadomie decydują się na nie karmienie piersią robią dziecku krzywdę. Hm… a jak to się ma do kolejnej maksymy „szczęśliwa mama szczęśliwe dziecko”? Trzeba mieć naprawdę anielską cierpliwość, żeby przebrnąć przez gehennę nauki karmienia piersią. Kto nie próbował niech nie rzuca kamieniem w matki, które już na wstępie się poddały.

Żyjemy moim zdaniem w czasach „terroru laktacyjnego”. Nawet Ci biedni producenci mleka modyfikowanego w pierwszym zdaniu muszą pisać na opakowaniach: „UWAGA! Karmienie piersią jest najwłaściwszym sposobem żywienia niemowlęcia” (cytat z Bebilon 1 Pronutra ;). Ostatnio dostałam informację prasową: UNICEF podaje, że „liczba dzieci, które nie są karmione piersią jest nadal wysoka, szczególnie w krajach najbogatszych”. Ale może warto by się zastanowić dlaczego jest tak wysoka? Może warto by lepiej kobiety przygotowywać do tego wyzwania? Bo to jest wyzwanie! Taki mały codzienny Everest. Na szczycie, owszem jest radość i satysfakcja, ale nie można zapominać o długich godzinach spędzonych na wdrapywaniu się pod górę.

ps. na focie przyczajony tygrys, ukryty Dżbik za poduchami do karmienia. Czerwona kura – lans i bałns, La Millou Kura Babci Dany za stówkę (do pierwszego dziecka 😉 Czarno- biała – fabryczna, polska produkcja z Kerfura za 6 dyszek (do drugiego dziecka 😉 Obie mają mam wrażenie określony termin przydatności do wygodnego użycia 😉 ale za to doskonale sprawdzają się  w podróży samochodem (pod głowę, pod plecy) czy jako podstawki pod obiad jedzony bez stołu. 🙂

 

 

Wstępniak*

Proszę Państwa, oto Dżbik 🙂

Dżbik jest bardzo grzeczny dziś… Nie! Nie idźmy tą drogą. 😉

To jeszcze raz…

Nazywam się Justyna Dżbik-Kluge (l.34) i na stare lata postanowiłam: „będę blogerę”. (ufff… poszło pierwsze zdanie! 🙂

Tak, tak wiem… słyszę te utyskiwania: „wszyscy dziś zakładają blogi!”, „weź! Co Ty tam niby będziesz wypisywać?”, „na cholerę Ci to?!”. Prawda najprawdziwsza jest taka, że właśnie teraz (dopiero teraz?) kiedy dobijam do 34 wiosen, urodziło mi się drugie dziecko, w ubiegłym roku świętowałam 15 lat poważnej pracy w zawodzie dziennikarza dochodzę do wniosku, że MAM COŚ DO POWIEDZENIA. Na różne tematy. Znam się to się wypowiem! A co?! Był nawet wstępny plan, by nazwać tak bloga- „znam się to się wypowiem”. Powinnam szybko dodać, że nie zrobiłam tego przez wrodzoną skromność, ale… po prostu uznałam, że taka nazwa byłaby za długa. 🙂

No więc znam się to się wypowiem, bo teraz takie czasy, że tyle osób się nie zna, a się wypowiada. Owszem, wkurza mnie to! Bo jako osoba do cna przesiąknięta dziennikarskimi zasadami rzetelności i sensowności uważam, że w tak zwanej przestrzeni publicznej powinny być wypowiedzi niegłupie, mające przesłanie i ideę, że na świeczniku powinni być ludzie, którzy  mają wiedzę, reprezentują wartości, a nie tylko mają ładne pupy. Fakty są takie: ładną pupę łatwiej sobie zrobić niż piękny umysł. W sumie prędzej czy później każdy ładną pupę mieć może, a z tym ładnym umysłem to bym już nie przesadzała 🙂

Blog zrodził mi się z potrzeby podzielenia się refleksją na różne życiowe tematy. Zdarzało mi się nie raz nie dwa wypisywać jakieś tam moje przemyślenia na Fejsbuku, ale już mi ściany nie wystarczyło, więc potrzebna była większa przestrzeń. A i lajki i komentarze się sypały – kogo by to nie połechtało? Znaczy ludzie chcą ze mną pogadać?! Gadajmy więc! 🙂

A o czym? O czym to będzie blog?

O życiu, a jak!? 🙂

O życiu 34 letniego człowieka, kobiety, matki, żony, dziennikarki, mieszkającej w Warszawie, pochodzącej z Ciechanowa, lubiącej ludzi, czerpiącej z kontaktów z ludźmi energię do działania. Serio. Jak dłużej z kimś nie gadam, albo się nie widzę czuję się źle. Zresztą… wystarczy zapytać mojego Męża jak duże mam potrzeby socjalizowania się i nawiązywania kontaktu. Dla niego, jak przystało na samca z krwi i kości – pewnie czasami aż za duże (tak, wiem Mężu dużo mówię, ale dzięki temu wyrabiam normę za siebie i za Ciebie 🙂

Może kiedyś blog zamieni się we vlog? Może będę wrzucała tu wywiady z zacnymi osobami, których naprawdę dziesiątki spotykam na swojej drodze zawodowej, a nie zawsze w radiu czy w telewizji jest miejsce na jakiś nieco bardziej pogłębiony wywiad? A może za dwa miesiące rzucę to w cholerę i powiem – nie mam czasu, siły, weny, no rację mieli Ci, co pytali na co/ po co mi to?

Na początek na pewno wleję tu srogą porcję refleksji rodzicielsko-macierzyńskich. Jakoś tak tych mam ostatnio najwięcej, jako mama 3,5 letniego Heńka (bunt trzylatka pełnej krasie!) i 2,5 miesięcznego Mariana (właśnie zaczęły mu wyłazić zęby – tak wiem! Ale szybko 😉  Nie będzie jednak o kupach, o najlepszych pieluszkach, kaszkach o najprostszym składzie. Nie będzie przepisów na bezglutenowe naleśniki, ani 10 najlepszych knajp na urodziny dla trzylatka 😉 Będzie raczej o cieniach i cieniach (z czasem może również o blaskach i cieniach 😉 bycia Matką (nie) Polką czyli taką, która wątpliwości ma więcej niż osławionego instynktu. Taką, która macierzyństwa uczy się każdego dnia, bo niewiele umiejętności dostała w darze od Niebios, albo jak kto woli Matki Natury. To na początek, a co będzie dalej? A kto to wie? 🙂

Wiem, że na blogu powinny być ładne zdjęcia. Hm… na razie dysponuję głównie takimi z moją własną paszczą. Dlaczego do tego wpisy wybrałam akurat to na łodzi? Bo lubię piosenkę ekipy Lonely Island i T-Paina „I’m on a boat” i wyraża ona w dużej części moje poczucie humoru. (polecam oczywiście https://www.youtube.com/watch?v=avaSdC0QOUM)

To raz, a dwa – wyglądam na niej jak królowa życia czyli tak jak na co dzień nie wyglądam. 🙂 Rzecz jasna wierzę, że kiedyś królową życia zostanę. Na razie jestem zwykłą pszczołą robotnicą – goniącą między pracą a domem, między garami a pokojem dziecięcym, między spożywczakiem a kosmetycznym. Ale skoro piszę „internetowy pamiętnik” to mogę sobie trochę poczarować rzeczywistość. 🙂

Wpadajcie zatem obecni/ne i przyszli/łe Królowie i Królowe życia do magicznego świata Dżbika 🙂

 

*wstępniak – https://pl.wikipedia.org/wiki/Artyku%C5%82_wst%C4%99pny (ps. Wiki prawdę Ci powie 😉