Wywiad z Miłoszem Brzezińskim o… zaczarowanym ołówku ;)

Dawno, dawno temu w bardzo fajnym okresie mojej zawodowej pracy czyli w Polskim  Radiu w Czwórce mieliśmy zwyczaj z niejakim Miłoszem Brzezińskim siadywać sobie w środowe poranki przy mikrofonach i opowiadać narodowi o różnych życiowych rzeczach. Ku naszej radości okazało się, że spora część tego narodu owych opowieści słuchać chciała. Dość powiedzieć, że do tej pory Miłosz co jakiś czas pisze do mnie i donosi o kolejnych osobach, które spotyka w pociągu, w samolocie, na ulicy, które go rozpoznają nie tylko z licznych telewizyjnych występów, ale również dlatego, że ze stuprocentową systematycznością słuchały naszych środowych opowieści. To bardzo miłe!

Jakiś czas temu rzuciłam się na głęboką wodę i zrobiłam z Miłoszem wywiad pisany. Woda jednak okazała się na Dżbikowe nogi zbyt głęboka – redakcja tekstu nie przyjęła. A że my blog is my castle ;),a Miłosz nie ma nic przeciwko – publikuję naszą rozmowę o metodzie zielonego ołówka. Do poczytania nie tylko dla rodziców, którzy swoje dzieci chcą pozytywnie motywować 🙂

Zaczarowany ołówek

O metodzie zielonego ołówka z Miłoszem Brzezińskim, konsultantem w zakresie
efektywności osobistej i zjawisk psychologicznych, certyfikowanym coachem,
autorem książki „Głaskologia. Faktyczne reguły motywowania i rozumienia motywacji” rozmawia Justyna Dżbik-Kluge.

„W ocenie nie podkreślaj błędów. Wyróżnij to, co wyszło dobrze”- tak w skrócie można przedstawić tzw. metodę zielonego ołówka. Ostatnio zrobiło się o niej głośno w Internecie z bardzo entuzjastycznymi komentarzami. Chodzi o to, by zmienić podejście do oceniania prac dzieci – zamiast podkreślać na czerwono błędy, należy zaznaczać na zielono to, co wyszło dziecku naprawdę dobrze. Czy taka zmiana perspektywy może być skuteczna w rozwijaniu talentów?

Bez wątpienia zdrowemu nie zaszkodzi. Ale wbrew pozorom zakreślanie błędów na czerwono to jest bardziej złożona sprawa. Nie można jednoznacznie odpowiedzieć, że to jest dobre albo złe. Czerwony długopis wziął się z tego, że chcemy zabezpieczyć dzieci. To jest ewolucyjna zasada – żeby się samorealizować, najpierw trzeba przeżyć. Czerwony długopis to przeżycie, zielony – samorealizacja, czyli poziom wyżej. My chcemy, żeby dzieci poznały podstawowe zasady – co jest błędem a co nie, po to, żeby w przyszłości nic im się nie stało. Bardziej nas interesuje to, żeby dzieci nie robiły karygodnych błędów, niż to czy są wysoko ponad przeciętną. Najpierw chcemy, żeby dzieci nie umarły, nie zachorowały, nie wpadły pod samochód, wiedziały jak napisać trudny wyraz (bo będzie wstyd), a potem możemy pomagać im zdobywać inne sprawności.

Czyli wskazywanie błędów to jest taka nasza baza? Dziecko najpierw musi umieć w ogóle dobrze trzymać długopis, a potem może dopiero uczyć się pięknie rysować?

Dokładnie tak. I może rysować bardzo ładnie, źle, średnio, albo wcale – nie szkodzi. To nie jest kluczowe w życiu, żeby ktoś ładnie rysował.

Skoro wiemy, do czego jest czerwony ołówek, to do czego może się przydać zielony ołówek?

To jest dobra metoda, bo generalnie dzieci się lepiej uczą z przykładów pozytywnych. Czyli lepsza bajka: „Jaś był dobry i dostał nagrodę”, niż „Jaś ukradł i mu urwało nogi”. Jak mówią kierowcy Formuły 1: „Jeśli chcesz dobrze pojechać, to patrz na drogę, a nie na barierki”. Dzieci lubią, jak im ktoś powie, co robią dobrze. Dorośli też to zresztą lubią. Dzieci się pod tym względem od nas nie różnią. Ale jest tu pewien niuans. Zielony ołówek tak naprawdę nie uczy dzieci, jak jest dobrze, tylko co się rodzicom podoba. Wygląda na to, że ta zielona kredka może – jeśli ją przegniemy w drugą stronę – być narzędziem dla control-freaków, czyli dla ludzi, którzy chcą mieć nad dzieckiem pełną kontrolę. „Ja Ci powiem, jak jest dobrze!”, „Koniecznie musisz rysować tak te szlaczki, jak ja Ci pokazuję”, „Mama lubi, gdy rysujesz tak, a nie inaczej”.

W ten sposób od razu idziesz w stronę pewnej deformacji dobrej idei…

Tak, ponieważ – zwróć uwagę – akurat w przypadku norm i szlaczków, później najbardziej cenimy te jednostki, które jednak norm się nie trzymają. Artyści, naukowcy, dziennikarze, odkrywcy… Trzymanie się między linijkami nie jest obiektywnym dobrem. Ale, żeby nie było prosto – zielony długopis jest z drugiej strony bardzo dobrą ideą, także dla rodziców. Bo rodzice się uczą, żeby nie tylko patrzeć na to, co dziecko robi źle, ale też od czasu do czasu powiedzieć coś miłego, żeby nie przestało szukać swojej drogi.

o szukać swojej drogi.

Pomyślałam o technice zielonego ołówka w kontekście Twojej książki „Głaskologia”, w której pokazujesz jak pozytywnie ludzi motywować w życiu. Podkreślasz coś innego niż to, do czego się przyzwyczailiśmy. Piszesz sporo o sukcesie. Uczysz, żeby o sukcesach rozmawiać. Zielony ołówek jest symbolem zmiany sposobu myślenia na ten, skupiony na sukcesie. To przecież jest lepsze niż rozmawianie o porażkach!

W takim kontekście to pewnie jest lepsze, ale tutaj też jest parę niuansów. Przede wszystkim dzieci najlepiej chwalić za wysiłek, a nie za efekty. To wiemy na pewno, na ten temat są badania.

Jak to? Mamy mówić, że dobrze, że się starały, nieważne czy im coś wyjdzie czy nie?

Tak, bo dzieciom najczęściej i tak niewiele wychodzi, przecież dopiero się uczą. Może się okazać, że kiedy zaczniesz szukać w pracy dziecka rzeczy wyjątkowych, które możesz zakreślić na zielono, to tych zakreśleń wcale nie będzie tak wiele. Poza tym zobacz co tu się dalej dzieje. Jeśli każesz dziecku zamalować całą stronę szlaczkami, to na pierwszej połowie strony będzie mu się łatwiej skupić niż na drugiej. To jest czasem ponad jego możliwości, żeby drugą część strony narysować równo, bo nie ma już siły na koncentrację. I co mu powiesz? Że idzie mu coraz gorzej? Trzeba się cieszyć i chwalić, że dziecko w ogóle siedzi i próbuje. Uczymy je, że nauka, to proces. Jeśli będzie siedziało i próbowało, to mu w końcu będzie szło coraz lepiej. Generalnie uczmy dzieci, żeby się angażowały. Jak się angażują – jest dobrze. Jak się nie angażują – jest gorzej. Jak się dziecko zaangażuje i dostanie trójkę w szkole, to jest super i możemy je pochwalić. Ale jak się nie zaangażowało i dostało trójkę to mówimy: „Trójkę dostałeś, ale widzę, że się w ogóle nie uczyłeś, czyli gdybyś się trochę bardziej przyłożył pewnie dostałbyś lepszą ocenę”. Wyniki w życiu dziecka nie są niezwykle ważne. Dajmy spokój z wynikami. Dzieci pójdą do pracy i tam już zawsze będą oceniane przez pryzmat wyników.

To się w dorosłym życiu diametralnie zmienia! Pamiętam, jak usłyszałam na początku swojej pracy dziennikarskiej hasło „rozliczamy wynikowo”. Nieważne czy wykonywałeś jakąś pracę przez godzinę, czy przez siedem godzin. Jeśli wynik jest taki sam po godzinie, jak po siedmiu – twój problem.

Tak się dzieje przede wszystkim dlatego, że biznes jest po prostu rywalizacyjny. Pracodawcy nie obchodzi ile się narobiłaś, bo ściga się z konkurencją. Szuka pracowników, którzy dostoją w wyścigu. A żeby dawać radę w wyścigu trzeba umieć być wytrwałym i tu – okazuje się – najlepiej procentuje umiejętność angażowania się z dzieciństwa. Ale, ale: spinamy się również dlatego, że nam się wydaje, iż człowiek powinien sam dużo robić. Sądzimy, że powinniśmy być niezwykle samodzielni. A to w zasadzie w ogóle jest nieprawda, bo człowiek sam niewiele może zrobić. Prawdę powiedziawszy nic… Najczęściej komuś coś zawdzięczamy. Nawet, choć to pewnie dziwne w pierwszej chwili, w dużej mierze zawdzięczamy innym wiedzę o sobie. Nie mamy zbyt dużej możliwości poznania siebie sami. Nawet jeśli ktoś idzie na psychoterapię, to kończy się na tym, że terapeuta mu mówi: „A Ty wiesz, kim ty jesteś”? albo „A Ty wiesz, jak twój związek działa?”. To takie nasze prozachodnie myślenia. „Teraz ja, ja ja i uwaga tylko ja!” nie jest najlepszym pomysłem. Zamiast „poznaj siebie” powinniśmy mówić: „poznaj innych, a przez tych innych lepiej poznasz siebie”. I dlatego my też potrzebujemy trochę od innych informacji, co nam idzie dobrze. Na przykład ktoś Ci powie: „O, pani Justyno, pani to powinna powieść napisać”. I ty sobie pomyślisz: „No faktycznie, powieść…”. I tydzień później orientujesz się, że ciągle o tym myślisz. I nie doszłaś do takich wniosków sama, tylko ktoś Ci coś uzmysłowił, patrząc na Ciebie i Twoje umiejętności. Warto o tych dobrych stronach pamiętać także z innego powodu. Każdy kto jest w jakimś trwałym związku, widzi, że po tej pierwszej „Niagarze endorfin” zaczyna szybciej przybywać wad partnera. Nagle nie widać już tylu zalet! O ile w pierwszej fazie związku uważaliśmy, że nasz partner jest lepszy niż reszta świata, to w kolejnych mamy raczej tendencję do sądzenia, że inni są po prostu gorsi od niego. On nie jest może jakiś super, ale inni są gorsi. Tak samo jest z dzieckiem. My je kochamy oczywiście bezwarunkowo, ale jego zalety też się same nie zbierają. Tylko mamy do niego pretensje: znowu coś nie tak, znowu coś nie wyszło… Tak się składa, że mamy naturalną tendencję do rozpamiętywania porażek.

Dlaczego tak jest?

Bo jak Ci coś nie wyjdzie, a nie zapamiętasz tego, to następnym razem Cię to na przykład zabije… brzmi to kuriozalnie, ale pamiętajmy, że mózg nie ewoluował w czasach galerii handlowych i pokoju, ale przez setki tysięcy lat walki o życie. Najwyraźniej ci, którzy bagatelizowali niebezpieczeństwa wyginęli. I zostaliśmy
tylko my – potomkowie rozpamiętywaczy porażek.

Czyli rozpamiętywanie porażek pomaga nam przetrwać.

Trochę tak. To jest zasadne ewolucyjnie, żeby pamiętać rzeczy, które nam nie wyszły. Jak się raz nie schyliłeś pod gałęzią i Ci prawie wydłubało oko, pamiętasz to wydarzenie i następnym razem się schylisz, żeby uniknąć niebezpieczeństwa. A jak raz przeskoczysz ładnie nad dołkiem i w zasadzie nie sprawiło Ci to problemu, to co tu w ogóle zapamiętywać?

Czyli przestawiając punkt nacisku z rzeczy negatywnych na pozytywne walczymy z ewolucją?

To by była nadinterpretacja. Prawo doboru naturalnego mówi: przeżyją najlepiej przystosowani czyli ci, którzy najlepiej reagują na zmiany. Żyjemy w czasach, w których różnych czynników zagrażających nie ma szczególnie wiele. Większość osób może sobie żyć spokojnie i nic się nie dzieje. Mamuty nas nie zadepczą… Wystarczy, żebyśmy się w miarę zdrowo odżywiali i trochę o siebie dbali. Dlatego też odchodzimy coraz bardziej od tego, żeby dzieci przed wszystkim zabezpieczać. Im się prawdopodobnie nic nie stanie. Za to chcemy, żeby im było jak najlepiej, dlatego je głaskamy, doceniamy, chwalimy.

Czyli ten zielony ołówek to jest dowód naszego rozwoju cywilizacyjnego – mamy załatwioną bazę, nie musimy tak bardzo bać się podstawowych błędów, możemy sobie pozwolić na krok dalej?

Mamy podstawy sądzić, że jest coś na rzeczy, aczkolwiek ciągle istnieje nurt socjologiczny, który mówi, że nie da się ukształtować charakteru, jeśli ktoś nie ma na swoim koncie trudnych przeżyć. Im bardziej będziemy rodzicami „curlingowymi”, czyli takimi, co przed dzieckiem zamiatają miotełką wszystkie niebezpieczeństwa, niczym zawodnicy w curlingu przed kamieniami, tym bardziej zwiększamy szansę na stany depresyjne u dziecka. Bo ono traci punkt odniesienia. Na to mamy badania. Nie żyjemy w niezwykle trudnych czasach, nie jesteśmy pierwszym pokoleniem po wojnie, które się w ogóle cieszy, że jest sklep. Żyjemy w niemałym komforcie. A ponieważ nikt u nas charakteru nie uczy – w szkole nie ma takiego przedmiotu – to ciężkie doświadczenia wyrabiają charakter całkiem skutecznie. Im bardziej ich ubywa, tym bardziej ludzie robią się niestabilni emocjonalnie. Tylko niech nikt sobie nie pomyśli, że trzeba sztucznie tworzyć dla dziecka jakieś traumatyczne sytuacje, żeby wyrabiał się jego charakter. O nie! Życie samo dostarczy trudnych momentów. Trzeba siebie i dziecko nauczyć na nie reagować.

W swoich wypowiedziach bardzo chętnie odwołujesz się do badań. Czy są jakieś twarde dane, pokazujące to, że tyle ile my przekażemy pozytywnej motywacji dziecku, gdy jest małe, tyle ono potem będzie miało poczucia własnej wartości w dorosłym życiu?

Nie, ponieważ poczucie własnej wartości, to bardzo interesujący „konstrukt” – właściwie na nic bezpośrednio nie wpływa. Ono się kształtuje jako subiektywna percepcja sukcesów do porażek. Wniosek z tego taki, że warto dostarczać dziecku okazji, żeby miało jakieś sukcesy w życiu – małe, średnie, większe, różne. Żeby dawało radę robić to, co z jego perspektywy jest ważne. Natomiast jak próbujemy za dziecko wszystko zrobić, to sukcesów nie będzie. Dobre rodzicielstwo nie polega na takim afirmacyjnym „pompowaniu” codziennie w dziecko pozytywnych stwierdzeń w stylu „cieszę się, że jesteś w moim świecie”. To nic nie daje. Dziecku wystarczy, że rodzic będzie po tej samej stronie co ono. A wyciągnie wnioski na ten temat nie z tego, co mówimy, tylko z tego, co robimy. Jeśli dziecko zbankrutuje to rodzić powie: „nieważne co robisz ze swoimi pieniędzmi, zawsze jesteś moim dzieckiem i zawsze będę Cię kochać i wspierać”. Każda osoba, o której wiemy, że odniosła jakiś spektakularny sukces, miała przynajmniej jednego człowieka, który był bezwzględnie po jej stronie. Na to mamy badania. Taką osobą nie musi, ale oczywiście może być rodzic.

Czyli zaznaczamy czerwonym ołówkiem błędy, ale mówimy „ja też nie byłem nieomylny”?

Tak. I to może przełożyć się na dorosłość. Jeśli mamy poczucie, że nie jesteśmy sami w życiu, to już bardzo dużo. Niektórzy twierdzą, że to właściwie wystarczy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s